wtorek, 9 września 2014

320. na szaleńcze tempo.

Bananowy pudding chia z przyprawami, borówkami i tahini.

Tak, które sama sobie narzuciłam. Pobudka o 5, bieganie, szkoła, nauka, znajomi, spotkania, trochę kultury, obowiązki domowe. A wszystko po to, by wypełnić pustkę. W tym miejscu w klatce piersiowej. Bo zawodzę się nieustannie. Ciagle na te same błędy pozwalam innym. Ja chyba zbyt uczciwa jestem na ten świat. Świat pełen manipulacji i degeneratów. Cóż, w końcu sama do nich należę...
Miłego dnia!

niedziela, 7 września 2014

319. na moment spokoju.

Budyniowa manna z otrębami, przyprawami, czekoladą, śliwkami i masłem orzechowym.

Pierwszy weekend. A już wyczekiwany. Wieczory miło spędzane. Nieważne gdzie, nieważne jak. Ważne z kim. Dzięki ludziom mam siłę. By chwytać więcej. By marzyć dalej. By czuć mocniej. Wtedy najgorsze perspektywy nie wydają się już takie okrutne. I tylko na niektórych się ciagle zawodzę. Ale to już norma. Naiwna jestem do bólu.
Miłego weekendu!

czwartek, 4 września 2014

318. dla odmiany.

Tosty ziarniste z pastą z tuńczyka i awokado z przyprawami i kiełkami, pomidor, rukola.

Z pośpiechem zdążyłam już się zaprzyjaźnić.  Tak samo jak z porannym bieganiem. Powieki czuję ciężkie. Oddycham głęboko. A mimo wszystko gdzieś zaczynam się dusić. Cierpieć po cichu. Bez powodu. Łzy płyną. Same. Takie to już moje zagmatwanie.
Miłego dnia!

środa, 3 września 2014

317. nowe porządki.

Owsianka z otrębami, przyprawami, jabłkiem, jagodami goji i migdałami.
 
Pierwsze kartki zapisane, pierwsze sprawdziany zapowiedziane. Rozczarowanie czasami ustępuje dzikiej satysfakcji z nowo podjętych wyborów. Nie wiadomo czy dobrych. Czas pokaże. Póki co uśmiech szeroki przywdziałam na twarzy. By ukryć to wewnętrzne roztrzęsienie. Bać się to rzecz ludzka. Czasami nie wiedzieć, co robić podobno też. Oby. Mam nadzieję. Wierzę w szczęśliwe zakończenie.
Miłego dnia nam wszystkim!

wtorek, 2 września 2014

316. na dobre początki.

Budyniowa manna z otrębami, przyprawami, gruszką i czekoladą.

Wakacje minęły mi nie wiem kiedy. Oddychałam głęboko, widziałam dużo. Od skrępowania po ekstatyczną radość czułam. Pedzel w ręku trzymałam. Triathlon przeczłapałam. Tysiące książek przeczytałam, kiedy nowa zupełnie muzyka dudniła mi w uszach. I chyba swój lek na aspołeczność znalazłam. Dobre towarzystwo po prostu. Śmiałam się, płakałam, rozpamiętywałam. I dzięki temu idę tam dziś nie z duszą na ramieniu, a z głową podniesioną do góry. Nie wiem, co będzie, ale chcę spróbować. Podjąć walkę. Bo o własne życie warto walczyć.
Miłego dnia!

poniedziałek, 1 września 2014

315. o podróży życia, której miało nie być.

Malinowy pudding chia z goji, syropem klonowym i tahini.

Tak jak pisałam, miałam być w Chorwacji. Ale z błahego powodu ( nie pytajcie jakiego, bo był naprawdę trywialny) nie dostałam się tam. Ale za to otworzyły się dla mnie drzwi do nowych miejsc.
Najpierw była Słowenia z przepięknym Piranem, kamienistymi plażami, świeżymi kalmarami i najlepszymi figami od miłego pana z targu(za darmo!). Potem Włochy. Docelowo minimalistyczne Grado z przerwą na Wenecję. Tony zjedzonych pizz i gelato. Było też prawdziwe tiramisu, breasola, mozarella do bufalla, spaghetti alle vongole. Moja kulinarna strona była ukontentowana i płakała żewnie, kiedy trzeba było wyjechać. Na koniec została Austria. W Villach, gdzie panuje typowy alpejski klimat, w którym wyjątkowo dobrze się czuję. Kąpiele w jeziorze, przeszywające górskie powietrze. O, tak. Tego mi trzeba było.
A teraz trzeba wrócić do żywych. Do innej rzeczywistości. Której o dziwo nie boję się aż tak bardzo w tym roku. Czekam z zapartym tchem na to, co przyniesie życie. Chcę czerpać, korzystać, płonić się w blasku satysfakcji. A w międzyczasie słucham muzyki. Żeby myśli własnych nie słyszeć.
Miłego dnia!








Plaża,
uliczki,
widoki i najświeższe jedzenie w Piranie.
 
 





W Grado.
Starówka.
Pizza, gelato
 i deptak.
 

















 
Wenecja ze swoimi wąskimi uliczkami,
 kanałami, gondolami,
słodkościami, spaghetti alle vongole, świeżą breasolą, praniem na ulicy
mostem Rialto i tłumem ludzi.

środa, 20 sierpnia 2014

314. surowości czas nastał.

Surowa bananowo-malinowa gryczanka z tahini.

Znowu pierwszy raz. Tym razem z surową grycznką. Eksperyment ciekawy, aczkolwiek czuję, że muszę jeszcze trochę poeksperymentować z tą kaszą.
Aura ostatnio iście jesienna. Chłodno, rześkie powietrze orzeźwia umysł w chwilach zwątpienia. Bo głowa ostatnio ciężka jest od natłoku myśli. Wspomnień, których miało nie być. Bólu, którego podobno nie odczułam. Bo w pewnych momentach się nie czuje. Wypiera się rzeczywistość, żeby uniknąć bólu. A on pózniej wraca. Z conajmniej potrójną siłą. I wtedy osiągam szczyt beznadzieji. Bo wiem, że szczęście mnie nie dosięgnie. Przynajmniej nie z Tobą.
I znowu popełniam te same błędy. Czuję się zaskoczona. Ale czym? Upływającym czasem? Biegiem wydarzeń? A może samą sobą? Chwilowo nie umiem sobie na to pytanie odpowiedzieć, ale może tygodniowy wyjazd pomoże mi się z tym uporać. Chorwacjo, nadchodzę!
Miłego tygodnia Wam!

sobota, 16 sierpnia 2014

313. na (spóźnione) świętowanie.


Murzynek z orzechami, maliny i borówki z cynamonem.

Co prawda imieniny miałam wczoraj. Ale wczoraj to mnie nie było. Wróciłam dopiero dziś, o poranku, z zaspanymi oczami. I jakie było moje zdziwienie, gdy na blacie kuchennym zobaczyłam całą blachę murzynka, który Mama upiekła z myślą o mnie. Miło jest być tak rozpieszczanym.
A tak poza tym, to dużo u mnie ostatnio zdarzeń. Dużo podróży, pierwszych razów, opalania, uśmiechów, zmęczenia i końcowej satysfakcji. Jeszcze nie z samej siebie, ale to też kiedyś przyjdzie.
Miłego dnia!